Breezy to jeden z najwcześniejszych filmów Clinta Eastwooda i jednocześnie dobra próbka talentu amerykańskiego reżysera i aktora. Obraz powstał na podstawie scenariusza nieżyjącego już Jo Heimsa.
Breezy jest nastolatką żyjącą w Ameryce początku lat 70. Rewolucja seksualna i obyczajowa, protest wobec polityki USA, pojawienie się nowej, młodzieżowej muzyki spowodowały powstanie ogromnej subkultury hippisowskiej. Breezy to właśnie taka wyzwolona dziewczyna, pełna ideałów, o wolnościowych i feministycznych poglądach. Przemierza kraj autostopem, chcąc zaznać prawdziwego życia i samodzielności. Pewnego razu musi salwować się ucieczką z samochodu namolnego kierowcy. Trafia pod dom Franka Harmona, rozwodnika w średnim wieku. Frank jest zgorzkniałym, samotnym facetem, który już niewiele oczekuje od życia. Spotkanie Breezy będzie dla niego odmianą. Co prawda wydaje się, że dziewczyna zostanie tylko chwilę, lecz niebawem łapie ją policja i chce osądzić za włóczęgostwo. Wtedy Breezy wymyśla historyjkę o swoim wujku, czyli Franku, który się nią opiekuje. Dziewczyna trafia ponownie pod dach Harmona. Między ludźmi, których zdaje się dzielić wszystko rodzi się przyjaźń. I nie tylko.
Intrygujący melodramat w reżyserii Clinta Eastwooda. Do tego gatunku autor Rzeki tajemnic sięga dość rzadko w swojej twórczości. W Breezy udowadnia, że kino jest medium, w którym czuje się znakomicie. Historia młodej hippiski, która zostaje zderzona z realnym życiem i jego problemami, oraz dzieje jej związku z dużo starszym biznesmanem zostały opowiedziane wciągająco, z poszanowaniem wszelkich reguł gatunkowych. Ciekawa fabuła, odpowiedni wgląd w psychikę i motywacje bohaterów, a do tego ujmująca prostota losów Breezy i Franka to niewątpliwe atuty filmu. Eastwood świetnie prowadzi aktorów – doświadczonego Williama Holdena (Most na rzece Kwai, Dzika banda) i stawiającą pierwsze kroki w wielkim kinie Kay Lenz (nominacja do Złotego Globu). Postacie nie są papierowe, różnice między światem Franka i Breezy budują odpowiednie napięcie, a wsparty zdjęciami Franka Stanleya oraz muzyką Michela Legranda (nominacja do Złotego Globu) Eastwood potwierdza swój filmowy talent.




